alchemia zagubionych w sieci

Widziane z Londynu. O Anglii i emigracji. Oraz czasami o Kocicy

Praca i jeszcze raz praca…

Skomentuj »

W domu wreszcie zapanowała domowa atmosfera. To dobrze, he he a już się martwiłem że będzie strasznie.

Written by Darius

9 Luty 2010 at 3:44 PM

Napisane w Emigracja

haracze i banki

Skomentuj »

Kiedy człowiek ma w perspektywie wizytę w agencji nieruchomości , której musi zapłacić haracz, krok mu się spowalnia, mimo że zacina straszliwy deszcz i wieje wiatr (i tak ma być do maja, bo nastała pora deszczowa), więc teoretycznie powinien pędzić, jak madżnun. Szłam ponuro ulicą, która ma może 100 metrów długości i znajduje się przy niej Superdrug - apteka sieciowa i milion małych banczków oraz moja agencja, która według informacji żartobliwie zamieszczonej, jak sądzę, na drzwiach, zaczyna prężną pracę o 9 rano, przy czym, kiedy byłam pod agencją o 9.30 smagana wiatrem i deszczem, idealnie widziana od wewnątrz, nikt mi nie otworzył drzwi) i oto, co wymyśliłam: że miesięczny czynsz, który drżącymi rękami wręczyć miałam miłej skądinąd Jenny, mógłby wystarczyć na: dwa wyjazdy pełne na Majorkę i z powrotem z pełnym wyżywieniem, trzy wyjazdy do Paryża , dwa rejsy po Nilu, lot w tę i z powrotem do Los Angeles ze śniadaniem na Santa Monica, wykupienie wszystkich podręczników z prawa z jednej księgarni w centrum Londynu, pół używanego samochodu w całkiem znośnym stanie z podrobionym prawem jazdy, jedno duże łóżko, dwa lata opłacania gazu i na przykład 50 par butów. Do wyboru. To właśnie ofiarowałam właścicielowi mieszkania dzisiaj rano. Sądzę, że właściciel mieszkania ma dzisiaj dobry dzień, mimo pogody.

Written by Darius

17 Luty 2009 at 9:42 AM

Napisane w Emigracja, Komentarze

Tagged with ,

uszy Daga

z jednym komentarzem

Drodzy czytelnicy,

Dobra historia zaczyna się od niepozornego początku (choć istnieją i tacy, którzy wolą trzęsienie Ziemi, a potem by napięcie rosło). Tak na przykład akcja filmu „Epidemia” rozwija się dzięki niewinnej kapucynce i małemu wirusowi z zakręconym ogonkiem. Ani mały rozmiar tych stworzeń, ani fakty wydające się być nieistotne, nie zbiją z tropu wytrwałych znawców kina katastroficznego. Ci nie dają się zwieść. Oni we wszystkim, co niepozorne widzą zagrożenie i potrafią wyciągnąć daleko idące wnioski już po pierwszych ujęciach filmu. Nasza historia zaczyna się od zwykłego przeziębienia i nic nie zapowiadało przyszłego dramatu. Może, gdybym należała do grona fanów kina katastroficznego, dostrzegłabym zagrożenie. Niestety do nich nie należę.

 

Parę dni temu Dag-tygrysek zapadł na uszy i jak każde zwierzątko z ogonkiem (czyt. charakterem), przeżył to straszliwie boleśnie. Bo, zapadnięcie na jakąkolwiek chorobę w UK jest bardzo ryzykowne, bo lekarz brytyjski nie jest po to, by mu zawracać głowę i wyspiarze na ogół tego nie robią. Choroba Daga ma swoje dobre strony, o ile potrafimy normalnie czerpać z niej profity. Jako kobieta wyzuta ze współczucia pozostawiłam namówić go by poszedł do lekarza po jakimś tygodniu od połowicznej utraty słuchu. Co jest raczej dość dużym dokonaniem z mojej strony, bo mój tygrysek ma alergiczny wstręt do każdej służby zdrowia niezależnie od długości geograficznej na jakiej się znajduje. Jestem pewna, że wystarczy zapach szpitalnej owsianki, by chciał natychmiast umierać, nie żegnając się z bliskimi.

 

Problem umówienia się z lekarzem wygląda tak: jeśli się nie ma 40 stopni gorączki, gwałtownych krwistych wymiotów, halucynacji i bezwładu połowy ciała na przemian ze strzyżeniem uszu, sekretarka zapisuje na wizytę za dwa dni, mając nadzieję, że do tego czasu pacjent cudownie ozdrowieje albo umrze. Dag, kiedy wreszcie dostał się do lekarza rodzinnego, został obejrzany obojętnym wzrokiem doktora G. i powiedziano mu, żeby sobie zażył antybiotyki. Dag zażył sobie antybiotyk i mu o dziwo nie przeszło. W czwartek Dag poszedł znowu do lekarza, ale bez specjalnej nadziei. Nie liczy też na odesłanie do specjalisty, bo chyba się zorientował, że lekarze brytyjscy stawiają diagnozy na oko. Jak wiem ze swojego doświadczenia, bo pamiętam moich polskich zaprzyjaźnionych lekarzy, którzy nie zbliżają się do pacjenta bez rożnych, czasem mocno niepokojących narzędzi, by postawić wstępną diagnozę (najdziwniejsze przyrządy mają laryngolodzy i, co ciekawe, głównie uderzają nimi w głowę pacjenta, by ustalić, którędy biegnie dźwięk – albo może mnie się tylko tak traktuje). Poza tym wynaleziono mikroskop, dzięki któremu można stwierdzić, jakie to bakterie siedzą w uchu Daga i jak można je wybić do nogi, by Dag wrócił do grona lepiej słyszących (tym bardziej, że jak sam melancholijnie stwierdził, już i przy komputerze siedzieć nie może – nie dlatego, że nasłuchuje, nie, ale że ma mroczki przed oczami. Inna sprawa, że mężczyzna, który ma katar, umiera z założenia, więc mroczkami się za bardzo nie przejęłam).

Written by Darius

8 Luty 2009 at 1:13 PM

Napisane w Emigracja, Komentarze

Tagged with

Nie dla feministek akapit

Skomentuj »

Choroba Daga ma swoje dobre strony, o ile potrafimy nienormalnie czerpać z niej profity. Jako kobieta wyzuta ze współczucia, postanowiłam chorego Daga w domu. Sama zaś postanowiłam zasilić naszą garderobę korzystając z przecen. Udałam się do dużego sklepu, gdzie bezwstydnie buszowałam wśród ciuchów rozmaitych. W końcu udałam się do kasy ze sporym naręczem odzieży, głownie dla Daga (co, z resztą odbieram jako osobistą porażkę, gdyż we wcześniejszych założeniach miałam sobie coś nabyć). Kątem oka zobaczyłam inną panią zmierzającą w tym samym kierunku. Kobieta nie była jakąkolwiek kobietą, tylko Arabką, przez co przyśpieszyłam kroku. Nie udało mi się jednak ustawić przed nią w kolejce, a szkoda. Dlaczego, chciałam być pierwsza? Otóż z obawy przed rytuałem zakupowym, jaki odczyniają Arabki (oczywiście nie wszystkie, tylko specyficzny ich rodzaj, do którego owa pani się “na oko” zaliczała). Niestety się nie myliłam, po co pierwsze zmuszona byłam ów rytuał zakupowy obserwować, po drugie tracić półgodziny na stanie w kolejce, po trzecie brnęłam w stereotypy i uprzedzenia.

Rytuał zaczyna się cudownym rozmnożeniem Arabek przed kasą. W kolejce staje tylko jedna, natomiast gdy przychodzi jej pora dołączają do niej wszyscy krewni i znajomi królika, rozproszeni przedtem po całym sklepie. Z jednej osoby przede mną robi się nagle dwie, trzy, a potem nawet sześć!!!! Zaś z kilku rzeczy do kupienia robią się ich dziesiątki. Sprzedawca najczęściej nie jest w stanie nad nimi zapanować, ani się doliczyć (w takich momentach myślę intensywnie o bazooce). Wyjątek stanowi, jak dotąd jeden śmiałek, którego spotkałam i jak się okazało Rosjanin zaprawiony z kolejkowym prawem dżungli. Po cudownym rozmnożeniu nastąpił zakup ubrań. Po chwili ekspedientka z uśmiechem na twarzy poprosiła koleżankę o sprawdzenie ceny kilku produktów, które mimo obniżek miały podejrzane niskie ceny. Jak się okazało, ktoś poodrywał oryginalne etykiety np. od płaszcza i podstawił na to miejsce cenę za podkoszulki 5,99 (tak, więc znów się przekonałam na własne oczy, że kłamliwy i niesłuszny jest stereotyp Polaka cwaniaka). Arabki z uśmiechem udały zaskoczenie, a pani ekspedientka udała również z uśmiechem, że nikt im niczego nie zarzuca i kontynuowała naliczanie należności wertując stertę ciuchów.

Przyszedł czas płacenia. Kupujące zaczęły szukać po kieszeniach pieniędzy i opróżniając ich zawartość, grosik po grosiku formować na ladzie sporą kupkę monet. Sprzedawczyni zachowując zimną krew skrupulatnie przeliczyła jej zawartość i zakomunikowała, iż suma się nie zgadza. Z mojego doświadczenia mogę napisać, iż suma z reguły się nie zgadza, a wszystko przez arabskie zamiłowanie do targowania się, które spotyka się z całkowitym brakiem zrozumienia u zachodnioeuropejskich sklepikarzy.

Następuje zatem kolejny etap rytuału – targowanie. Ekspedientka zabiera ze zgromadzonej kupki ubrań dwie rzeczy wywołując straszliwy lamet Arabek, który przypadkowy obserwator mógłby odebrać jako zawodzenie żałobne po stracie najbliższego członka rodziny. W końcu po przetrząśnięciu jeszcze raz kieszeni udaje się zebrać całą należność. Uff… już po wszystkim. Ekspedientka podaje rachunek i torby z zakupami, życzy miłego dnia. Kupujące z uśmiechem odchodzą, również życząc jej miłego dnia.

Mi zaś pozostaje pytanie, czy pobyt zagranicą uczynił ze mnie rasistkę oraz czy fakt, że zachowanie owych kupujących w ogóle mnie nie zdziwiło, jest przejawem rasizmu?

nie dla feministek akapit

(bo przypominam, że agresywny  feminizm w Anglii juz dawno przeminął z wiatrem, teraz się celebruje różnicę między płciami, które w Polsce się starannie usiłuje zatrzeć). Odkrycie przez naukowców 78 genów różniących kobiety od mężczyzn sprowokowało dziennikarzy BBC do zabawy: poprosili internautów o podanie tych genów i oto kilka przykładów, które uznałam za najbardziej jaskrawe i z którymi się osobiście bardzo zgadzam (moje tłumaczenie):

  1. “Mężczyźni są wyposażeni  w gen, pozwalający im wrzucać śmieci do pełnego kubła w taki sposób, że utrzymają sie w chybotliwej pozycji wbrew prawu grawitacyjnemu,  a wyrzucający nie zauważy, że trzeba opróżnić wreszcie kubeł”.
  2. “Kiedy mężczyzna czegoś chce, komunikuje to. Kiedy kobieta czegoś chce, czyni uwagę, bardzo luźno związaną z tym, czego chce, czekając na wyraźną reakcję”.
  3. “Mężczyźni mają pewien gen, który sprawia, że gdy zada im się proste pytanie wymagające odpowiedzi TAK albo NIE, zaczynają wykład o termodynamice”.
  4. “Mężczyźni mogą obejrzeć cały film i wiedzieć, o co chodzi, nie zadając pytań, kim są bohaterowie  i co właściwie robią” (mój głos: mój Dag ogląda filmy w nabożnym skupieniu, a ja je szeroko komentuję, zwłaszcza sensacyjne, bo szybko gubię wątek. Dag na ogół długo to znosi, ale jeśli mu się cierpliwość wyczerpie, tak w połowie filmu, zaczyna sie ofukiwanie mnie i jestem bardzo smutna:-).
  5. “Mężczyźni mają gen szopy. Oznacza to, że zamykają się w ogrodowej szopie i tam spędzają w skupieniu wspaniałe chwile ze swoim sprzętem ogrodowym, co uważają za bardzo stymulująca rozrywkę” (głos Kocicy: z braku szopy może to być skrzynka z narzędziami, fetysz domowy – mój Ojciec dbał o swoją skrzynkę z narzędziami bardziej niż o istoty żywe i nie można w niej było nic ruszać!).
  6. “Kobiety mogą przyjrzeć sie uważnie przystojnemu mężczyźnie i nikt tego nie zauważy. Mężczyźni sie po prostu gapią”.
  7. “Mężczyźni potrafią trzymać pilota w kurczowym i silnym uścisku dłoni, jednocześnie wiotko leżąc na sofie i studiując pilnie wnętrze swoich powiek”.
  8. “Kobiety nigdy nie mogłyby wymyślić broni, która zabija, ale  taką, która sprawia, ze zaatakowany czuje się winny i zdruzgotany, aż w końcu sie poddaje”.

Written by Darius

6 Luty 2009 at 9:28 AM

Napisane w Emigracja, Komentarze

Tagged with ,

wina różne…

Skomentuj »

Wina różne

Kulinaria – w sklepach brak win rumuńskich, co poczytujemy z Kocicą za istotny brak (każdy, kto pił Murfatlara wie, o czym mówię, a wielu piło, bo znajomy z Rumunii przywoził nam ilości przemysłowe – Murfatlar przebija wiele win włoskich, przy czym jest skandalicznie tani). Za to nad reprezentacja stołowych win francuskich zupełnie niegodnych swoich cen i uwaga – dużo szirazów różnych z Australii, z tej kolonii więziennej, w której nie wolno juz śpiewać pod prysznicem. Z dobrym alkoholem jest trochę tak jak z piękną kobietą, każdy by chciał spróbować :-). Niestety nie wszystkich na to stać. Tak jest w przypadku niektórych kobiet i whisky Black Brown, którą butelkę wypatrzyłem w jednym ze sklepów. Black Brown, to najbardziej prestiżowy produkt z destylarni Browna. Marka istnieje od 1779 r. i w historii wielokrotnie zmieniała właściciela, ten ponadczterdziestoletni single malt to wyjątkowa rzadkość. Może dlatego Kocicy i mnie zapłonęły oczy z pożądania na widok niczym szczególnym nie wyróżniającej się butelki z zieloną naklejką, ale liczy się przecież wnętrze i walory smakowe trunku ;-). O cenie nie wspominam, bo z bólem serca wręczałem sprzedawcy kartę płacąc za butelkę whisky. Dzięki wdziękowi i urodzie Kocicy udało mi się wyjść w oczach sprzedawcy na dżentelmena a nie na Szkota-Sknerusa.

Kocica obiecała coś na wieczór ugotować – zapieczone różności (cyt. dosłowny), więc upiekła coś następującego (właściwie zapiekła): plasterki kurczaka (on mnie już prześladuje i nie śmiem już wspominać o postanowieniu, bycia wegetarianinem jakie składałem ostatnio w czasie uczty nad kanapką z kurczaka. Dochodzę do wniosku, że są ludzie, którzy nie mogą być wegetarianami, choćby bardzo chcieli – łatwiej im przebiec maraton Nowojorski, niż przejść obok skrzydełka kurczęcia), na których znalazł się starty świeży imbir, plasterki ziemniaków (ziemniąt  właściwie, bo malutkie były), krążki cebuli, krążki melona, kawałeczki marchewki i na samej górze plastry cytryny. Po zapieczeniu całe towarzystwo zostało polane sosem pomidorowo-śmietankowym z odrobiną fasolek. Jedność przeciwieństw, jak mówią buddyści (nie jedząc jednak kurczaka, oczywiście).

Nick odkryty, zanurzony oparach oper (mydlanych)

Ponieważ Nick już przyzwyczaił się do naszej obecności, nie pręży się tak jak brytyjski lord i nie stroszy futra (bo już zrobił wrażenie), ale ogląda całymi dniami soap operę o projektantce wnętrz i jej dwóch przyjaciołach homoseksualistach z NY. Living room, czyli salon naszego mieszkania czasami służy mu za drugi dom, po wielogodzinnych wędrówkach po dachach i tarasach naszej ulicy. Miękki tupot łap poprzedza nadciągającego niestrudzonego wędrowca. Gdy wynajmowaliśmy poprzednie mieszkanie, wygląd salonu był istnym wzorem drobnomieszczańskiego gustu ich właścicieli – sofa (ale nie ze skóry), dwa bardzo wygodne fotele – wszystko postawione przed najważniejszymi  dwoma meblami w domu: telewizorem i wieżopodobnym urządzeniem. A zamiast reprodukcji jakiegoś słynnego obrazu, co dopełniłoby obraz bezgustownie urządzonego miejsca, wisiało lustro w wykwintnej ramce z rzeźbionymi kwiatami stylizowane na antyczne (czyli złamanie konwenansów mieszczańskich). Opuszczając bez żalu tamte mieszkanie przyrzekliśmy sobie, że następne mieszkanie które przyjdzie nam wynajmować oby było puste… Odgłos miękkich kocich łap w wyłożonym parkietem holu odbija się głuchym echem od nagich ścian przylegającego doń living-roomu, całkowicie pustego – co świadczy, że nie zamierzamy osiąść tutaj na dłużej. Chcąc zaoszczędzić pieniądze, niezbędne, by mogło spełnić się Marzenie, pozostawiliśmy salon i jedną sypialnię zupełnie nie umeblowane. Ograniczyliśmy się jedynie do zakupu najpotrzebniejszych rzeczy. Nawet funt nie został wydany na inne sprzęty. Jest to zaledwie przystanek na drodze do Marzenia, nie wiedzieliśmy więc sensu w szastaniu pieniędzmi na wystrój wnętrza.

Od czasu do czasu, kiedy zaskarbiliśmy sobie jego wyjątkową przychylność, Nick pozwala nam się pogłaskać, czasami ociera się o nogi lub wchodzi na buty. Nie przepadam specjalnie za kotami (oczywiście poza Kocicą ;-). Ha, ha.), tego jednak toleruję ze względu na jego osobowość i ze względu na to, że w pewnym sensie jest on bezpośrednim przedłużeniem M.G.M Kocicy. Zranienie go lub użycie szorstkich słów byłoby równoważne z wyrządzeniem krzywdy Kocicy, a tego nigdy nie ważyłbym się zrobić. Małe, lecz błyszczące zielone oczy patrzą na nas z lodowatym zainteresowaniem, i czasami przypomina mi wzrok niektórych wyspiarzy… Brr. Ohyda. Ale najczęściej zwija się w kłębek na sofie i dystyngowanie zasypia. Nie przeszkadza mu nawet fakt, że oglądamy właśnie telewizję, na początku Nicka oczy robiły się okrągłe, ale potem przyszło zrozumienie i wniosek, że najwyraźniej nie możemy sobie na telewizor pozwolić w tej biednej Polsce – dlatego też nie zwraca na nas uwagi.

P.S. Kocicy

Różnorodność tubylców zaskoczyła mnie ponownie.  Pamiętając zwrot “take away” określający danie na wynos, wkroczyłam dumnie do indyjskiego sklepu i wyartykułowałam pewna siebie: “czy mogę prosić kanapkę z kurczakiem na “take away”?” (tłum. aut). Sprzedawca wbił we mnie wzrok, dający do zrozumienia, że nie zrozumiał nic… Ja również spoglądałam na niego, dając do zrozumienia, że nie rozumiem, dlaczego on nie rozumie nic… W końcu wskazałam kanapkę i drzwi. Sprzedawca rozpromienił się i wykrzykną: aaaaa!! “to go!”. Ucieszyłam się bardzo, dowiadując się, że “take away” to tylko zwrot słownikowy, nie używany w normalnym, robotniczym, języku mówionym. Pobiegłam czym prędzej do KFC, aby słówko owo wypróbować. Dumna ze swoich nowych odkryć zamówiłam zestaw nuget’s “to go”. Czarna sprzedająca patrzyła na mnie z wyraźnym zainteresowaniem. W końcu zapytała: “eeeeeeeeeeeeeee……….??” Pamiętając zwrot uniwersalny, wskazałam na drzwi oraz zestaw. “AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!” krzyknęła sprzedająca – “take away!!!”

I SEXYCAT

Wasza Kocica z Podróży

Written by Darius

5 Luty 2009 at 2:01 PM

streszczenie po uszy w śniegu londyńskim

Skomentuj »

Ten kraj jest niepoważny… Narzekaliśmy, żartowaliśmy, wybrzydzaliśmy. A tu proszę, taka niespodzianka. Zasypało nas kompletnie! Londyn – miasto w Anglii stanęło wczoraj dęba. Ponad 10-centymetrowa warstwa śniegu (znaczy się największe opady od 20 lat), sprawiła, że od rana nie jeździły ani autobusy, ani metro. A skoro nie jeździły, to i do pracy, niestety (…), dotrzeć nie mogliśmy. Katastrofa! Siedzę przy oknie w naszego mieszkanka (o nim wiele muszę napisać razu pewnego, ale to może później) i patrzę w dal. Ot, co. Sygnalizuję, a opowiadać będę później, kiedy wróci Dag, co następuje:

1) nie udało mi się nic dzisiaj załatwić, ponieważ nie było to możliwe by wydostać się dzisiaj skądkolwiek, jeśli się mieszka lub pomieszkuje w Londynie. Śnieg sparaliżował miasto. Bardzo lubię paraliże w metropoliach, bo natychmiast wpływa to na wzrost życzliwości ludzi, a Londyńczycy mają dużo potencjału w tym kierunku, (choć świetnie zamaskowanego z racji strachu przed odrzuceniem). Oczywiście wszyscy napotkani Anglicy oburzali się, że jak to tak, żeby zwykły śnieg sparaliżował taką metropolię, że to nie do pomyślenia, co się stało z tym krajem… Bla, bla, bla…

2) w ciągu godziny oczekiwania na taksówkę na Person Green o godz. 11 w nocy (metro i autobusy nie działały, bo lekko śnieżyło, mnie mróz był stosunkowo niestraszny, mimo że byłam w flats, bo: a) wypiłam butelkę wina z moją koleżanką, którą podobnie jak nas wywiało z Polski wraz z tysiącami innych rodaków. Choć ona jednakowoż piła wódkę z sokiem, b) ja żem Słowianka i zima dla nas to wszak pestka, choć przyznam, że nie widziałam tejże od dwóch lat, czyli od momentu emigracji, początkowo niezamierzonej zresztą.

3) zobaczyłam cztery piękne stłuczki: samochód-samochód, samochód-lampa, samochód-kosz na śmieci, uratowałam życie, a na pewno nogi, kobiecie, w którą jechało auto wspaniale robiąc fikuśne koła na jezdni, a potem uratowało życie, a może nogi mnie.

4) następnie jechałam do domu taksówką, po potwornych bojach z dwoma zabranymi pasażerkami. Kiedy jechaliśmy, minęliśmy osiem rozkraczonych autobusów, przed którymi stal facet ubrany niczym ruski żołnierz, machający rekami i uczący kierowców, jak maja zmieniać biegi na śniegu. Kierowca taksówki powiedział (bez przekąsu), że ostatni raz taka zima była w 1991 roku, wiec kierowcy z ciepłych krajów nie mieli okazji nauczyć sie jeździć w ekstremalnych, cytuje, warunkach. Nie to, co on, stary wyjadacz.

5) już od siódmej rano sąsiedzi, ci z lewej, wylegli przed dom. Ojciec rodziny rzucał śnieżynkami w psa, w czym dzielnie sekundowały mu nastoletnie córki, tak około 8-mej, pierwszy zimowy bałwan miał już solidne podstawy. Niewątpliwie dzisiejszy dzień jest dniem bardzo radosnym. Z powodu śniegu wiele osób nie dojechało do pracy, za to rozkoszowano się urokami białej zimy. I dodatkowego wolnego dnia. Inni sąsiedzi też mieli za sobą spacer w pobliskim lesie, zresztą wszystkie parki i najmniejsze górki od rana są pełne rozbawionych tubylców z sankami lub innymi urządzeniami do zjeżdżania. Pomiędzy jednym zjazdem a drugim budują zawzięcie bałwany i wszyscy gruchają radośnie nad pierwszym od tak dawna obfitym śniegiem.

6) koło południa poszłyśmy do Somerfield’a (taki lokalny niby supersam). A tam horror! Pełno ludzi a wszyscy kupują jak w amoku, jakby spodziewali się inwazji UFO lub kolejnej wojny światowej. Po raz pierwszy widziałam w angielskim sklepie puste skrzynki na mleko. A uwierzcie mi, są naprawdę duże i mieszczą tak z tysiąc butelek jak nic. Ostały się trzy samotne butelczyny. Złapałam więc szybko jedną z tych pozostałych… z chlebem też było krucho, ale na szczęście mamy własne urządzenie do jego pieczenia, więc odpuściłam.

7) tuż przed 16-stą zatelefonował Dag, że zaraz wraca do domu, chociaż zwykle przesiaduje w pracy do 18-stej, a nawet dłużej.

- O, co się stało? – spytałam zdziwiona.

Stało się to, że nieliczni pracownicy, którzy zdecydowali się przyjść do firmy, o 15-stej pracę zakończyli i udali się do domów, twierdząc, że potem może być niebezpiecznie. Bo niby, co? Białe niedźwiedzie zaczną grasować…

8) wszystkie (sic!) loty z Heathrow odwołano. Co mnie nie zmartwiło zanadto, bom w przednim towarzystwie wspólnie przykute do mieszkania, bo paraliż miasta trwa. Muzycznie coraz bardziej mnie na północ Europy (czyżby to zimowa aura w mieście Londyn sprawiła?). Właśnie odkrywam Szwecję – Frida Hyvonen. Do tej pory wydała trzy albumy, obecnie zasłuchuję się w tym pierwszym – „Until Death Comes”. Owemu zasłuchaniu towarzyszy również radosna wieść: w czwartek pędzimy wespół z Dagiem na koncert pani Fridy ;-). Tak się, bowiem szczęśliwie złożyło, że sympatyczna Szwedka do Londynu na jeden występ przyjeżdża. Bilety tanie jak barszczyk czerwony, więc grzechem byłoby nie skorzystać.

9) to tyle wieści z pola bitwy…

 

P.S. Zapomniałabym, że Amerykanie mają, dziś dzień świstaka. Wywodzi się on jeszcze z dawnej niemieckiej legendy. Ponoć 2 lutego świstaki wychodzą ze swoich norek, sprawdzić czy wiosna się zbliża. Wyłazi taki i rozgląda się po świecie. Jeśli dzień jest słoneczny i świstak dojrzy swój cień, to przestraszony chowa się pod ziemią aż do kwietnia, a zima będzie jeszcze królować przez sześć tygodni. Jeśli jednak cienia nie dojrzy to wyłazi z norki na dobre, a zima odchodzi niepyszna ustępując miejsca wiośnie… Dziś dwa różne świstaki dały dwie różne przepowiednie ;-). Nie liczyłabym na szybkie nadejście wiosny.  Za kilka dni mają nadejść kolejne zimne dni, a po nich jeszcze kolejne i…  nie wiadomo jeszcze ile następnych.

Wasza Kocica z podróży.

Written by Darius

2 Luty 2009 at 3:55 PM

Napisane w Emigracja, Komentarze

Tagged with

Będzie o Kaziu

Skomentuj »

No cholera, będzie o Kaziu, bo przecież musi być. Bo już nie mogę się powstrzymać, a że on w Londynie i ja w Londynie, to wspólna płaszczyzna jest. Dzisiaj do łez prawie wzruszyłem się wpisem na blogu byłego Marcinkiewicza. Jak to go, misia biednego, ohydni paparazzi przyłapali w sklepie na kupowaniu pierścionka? A że on kłamać nie potrafi, wyznał im całą prawdę o swoim narzeczeństwie. Notabene czy można mieć narzeczoną i żonę naraz? – to prawie pół bigamia. No i przyznał się paparazzi’m Kazimierz M., że kupował pierścionek. Oni zaś z tego wywnioskowali, że ma nową laskę. Bo przecież przyzwoity facet, po kilkunastu latach małżeństwa, ma zakaz kupowania pierścionka żonie.

No, więc on się przyznał, Kazimierz znaczy. I na wywiad się zgodził. A oni potem napisali nie tak jak chciał i dlatego teraz są nieetyczne hieny albo i świnie nawet, a on udaje biednego nieboraczka. Wypisz, wymaluj Edyta Górniak sprzed lat. Najpierw dziennikarze byli cacy, bo jakoś na fanów i sprzedaż płyt trzeba było pracować. Potem byli bardzo “be”, bo w jej życie prywatne z brudnymi buciorami wchodzili. A teraz znowu są OK., gdy gasnącą gwiazdę trzeba promować i ich brudne buciory w sypialni i w dziecięcym pokoiku już Edytce nie przeszkadzają.

Podobnie jest ze średnio atrakcyjnym Kazimierzem M. Myślał, że ugra to po swojemu. Romansowa afera przewali się, poważne pisma tabloidowy temat po prostu “oleją” a on wyczyści sobie przedpole i z tak wyglansowanym kontem wystartuje w wyborach do Europarlamentu. Z nową narzeczoną u boku oczywiści. No i dobrze. Skoro tak sobie to wymyślił, trzeba było brnąć tą drogą. Jeszcze tydzień, może półtora i sensacja sama by zgasła. Ale nie! Kazimierz postanowił się teraz obrazić na Super Express, że ponoć nieetyczny… Choć do tej pory Super Express jawił mu się pewnie, jako poważna polska gazeta, opiniotwórcza, wyważona, dla wyrobionego czytelnika… Czyżby, aż tak się oderwał w tym Londynie, przy boku nowej narzeczonej, od polskiej rzeczywistości?

No i teraz on będzie skarżył Super Express za pisanie bzdur. Ma też żal do innych gazet, że zamiast dzwonić do niego i dopytywać się o szczegóły romansu, bazowali na informacjach, z tabloidu. Ja tam Kazimierza nie potępiam za bardzo. W myśl sugestii, zawartej w piosence z Kabaretu Starszych Panów zakochał się, choć nie na wiosnę. Uczciwość go rozpiera, więc zamiast romansu na boku poszedł na całość – rozwód i nowe życie przy boku blondwłosej wybranki. OK. Jak on swoje narodowo-chrześcijańskie wartości włożył w buty, jego sprawa. Nie moje małpy, nie mój cyrk. Tylko niech on też da sobie spokój i cyrku nie robi.

Written by Darius

29 Styczeń 2009 at 11:38 AM

Napisane w Emigracja, Komentarze

straszne gafy emigranta

Skomentuj »

Każdy emigrant musi wiedzieć, za co grozi mu śmierć cywilna na Wyspach. A polski emigrant z romantyczną duszą i wścibską naturą jest na nią szczególnie narażony w kraju wstrzemięźliwych i zdystansowanych Brytyjczyków.

Wręczanie pieniędzy na dłoni, mówienie „dzień dobry” wszystkim sąsiadom i przechodniom, zwłaszcza w małych miasteczkach (w dużych nie, bo można za to dostać kulkę w łeb, gdy akurat wylewnie przywitamy się z członkiem młodzieżowego gangu), krótkie a treściwe pogawędki o pogodzie oraz unikanie z wszelkich sił patrzenia na siebie w środkach komunikacji publicznej – oto czego musi nauczyć się emigrant na Wyspach, jeśli nie chce od razu zostać wykluczony ze społeczności.

Prognoza pogody obowiązkowa

Wizyty w sklepie, poza oczywistym celem, są dla Brytyjczyków okazją do niezobowiązującej pogawędki. Najczęściej o ohydnej pogodzie (niezależnie od tego, jaka jest naprawdę w kategoriach kontynentalnych, Brytyjczycy nawet w pięknej pogodzie znajdą coś paskudnego lub złowróżbnego). Pogawędka ta zwykle przeprowadzana jest z bardzo zaangażowanym tonem, choć najprawdopodobniej nikt o jej treści nie pamięta, nie tylko po wyjściu ze sklepu, ale być może i w momencie trwania konwersacji. Warto nauczyć się zatem wielu specjalistycznych przymiotników i związków frazeologicznych, by móc zaimponować swoim znawstwem tematu (i oglądać prognozy pogody, bo fachowe słownictwo jest szczególnie mile widziane). Uwaga – absolutnie nie należy rozmawiać o brytyjskiej polityce, zwłaszcza wobec imigrantów. W żadnym wypadku nie powinno się skarżyć na życie w Wielkiej Brytanii – Brytyjczycy, poza pogodą, bardzo lubią mówić w nieskończoność o tym, że ich kraj schodzi na psy, ale biada cudzoziemcowi, który ochoczo podejmuje temat. To konwersacje tabu.

Coś zrobić z twarzą

Kiedy imigrant przejdzie już, po krótkiej pogawędce, do meritum, czyli zakupów, powinien pamiętać, że gdy będzie płacił, winien wręczyć pieniądze do dłoni sprzedawcy, a nie cisnąć je na ladę. W Polsce w sklepach przy kasie znajdują się mniej lub bardziej wyspecjalizowane naczynie na pieniądze. Tam zwykle kładzie się należność i ekspedientka oddaje resztę w ten sam sposób. Wręczenie pieniędzy do dłoni jest uważane za lekkie dziwactwo i może być przyjęte ze wstrętem. W Wielkiej Brytanii to oczywistość, a za grubiaństwo będzie odebrane zachowanie odwrotne. Co więcej, kupujący powinien rozjaśnić twarz w uśmiechu, co w dobie credit crunchu może być jeno nerwowym skurczem twarzy, ale coś z twarzą trzeba zrobić, tym bardziej, że sprzedawca też będzie usiłował wykrzesać z siebie optymizm – mimo że  tak grozi mu utrata pracy.

Szarmancko zignorować

Jeśli wracając ze sklepu, imigrant natknie się na niemłodą już baletnicę w szyfonach z czerwonymi włosami i tatuażem Che Guevery na czole lub łysiejącego mężczyznę z falującym brzuchem w gustownych szpileczkach, nie powinien zareagować jawnym zdziwieniem czy wymownym szturchaniem żony/męża w bok. Brytyjczyk przeszedłby najzupełniej obojętnie, nie zaszczyciwszy dziwaka swoją uwagą, bo inaczej byłby wzięty za prowincjusza. Najbardziej zaskakujące ludzkie indywiduum czuje się w Wielkiej Brytanii bardzo swobodnie, bo wie, że zostanie zignorowane – oczywiście gorzej, jeśli dane indywiduum marzy o tym, by zostać zauważone. Wtedy powinno popełnić spektakularne samobójstwo, bo zwykle Brytyjczyk może przeoczyć.

Oh, I am so sorry (cięcie)

Imigranci z Polski mają skłonność do interesowania się losem innych. Poprzez interesowanie się rozumieją zadawanie setek pytań, uważanych tu za wścibskie. Kiedy jednej z sąsiadek umarł ktoś bardzo bliski, zaprzyjaźniony Brytyjczyk zaskoczony wiadomością tuż na progu swojego domu (wygadała się inna sąsiadka, nie sama zainteresowana) wykrztusił z siebie „Oh, I am sorry” i obie strony już były z lekka zażenowane, bo nagle doszło do zademonstrowania uczucia żalu. Dlatego prędko zmieniły temat. Polak zada natychmiast pytanie o przyczyny zgonu, długość choroby i rodzaj zażywanych lekarstw oraz stopień cierpienia pozostałych przy życiu. Rozmówca odpowie, a jeszcze chętniej wybuchnie płaczem. To oczywiście szczyt nietaktu i potworny ekshibicjonizm.

Skrzyżowanie spojrzeń

W środkach komunikacji publicznej wypada robić wszystko, poza nawiązaniem kontaktu wzrokowego. Kobiety uzupełniające braki w makijażu, piłowanie paznokci, ich malowanie, jedzenie śniadania i obiadu, a do niedawna w Londynie i picie alkoholu są naturalnym elementem każdego dnia. Wydmuchiwanie nosa (i przekraczanie tym samym ilości decybeli, jakie może znieść ludzkie ucho) i dłubanie w zębach nie jest może jeszcze zalecane, ale za to często praktykowane (zarówno przez tubylców, jak i emigrantów). Ale bardzo niedobrze jest zawiesić swój wzrok na kimś, kto to robi. Gdy w dodatku ktoś to zauważy i dojdzie do wymiany spojrzeń, reputację mamy na wieki wieków zniszczoną. Nikt nie ma prawa spojrzeć nikomu w oczy. Jeśli jednak tak się stanie, to mamy do czynienia najprawdopodobniej z niebezpiecznym psychopatą.

Wszystko zatem jest bardzo proste. Powyższe zachowania wymagają, owszem, pewnego treningu, ale po jakimś czasie wchodzą w krew. Oczywiście, gdy potem emigrant wróci do kraju, musi bezwzględnie przełączyć się na polski system odczuwania, inaczej grozi mu znowu śmierć cywilna, tyle że w ojczyźnie, a tego by pewnie nie chciał.

Written by Darius

26 Styczeń 2009 at 9:36 PM

Napisane w Emigracja, Komentarze

Szczęśliwego Nowego…

Skomentuj »

Ambitnie zbieram się do napisania „wspomnień” ze świat, choć brzmi to trochę kombatancko, ale nazbierało się tych spostrzeżeń i nie popuszczę, bo uczucia mam zdecydowanie mieszane. Dzisiaj jednak, w ostatni dzień stareńkiego 2008 roku czas jest bardziej odpowiedni na podsumowania i życzenia. Na początek życzenia, które skierowane są do rodaków na Wyspach i nie pokazują nas, jako nacji w zbyt korzystnym świetle. Oto, czego życzę Polakom (dodam, że tylko tym płci męskiej) na ten Nowy Rok:

  1. zgolenia wąsów
  2. wyprania skarpet
  3. zaprzestania bicia żony
  4. skończenia z piciem cidra
  5. zapłacenia za abonament TV
  6. zarejestrowania waszych polskich złomów (aut)
  7. zapłacenia road tax and insurance
  8. zamieszkania w godziwych warunkach (a nie w 4 w jednym pokoju)
  9. znalezienia pracy za stawkę powyżej NWM (jak rozumiem stawka najniższa z możliwych)
  10. nauczenia się angielskiego
  11. zaprzestania przemytu papierosów
  12. i wszystkiego naj… – żebyście w nowym 2009 stali się prawdziwymi EUROPEJCZYKAMI!!!!

 Wiadomo, że obraz polskiego emigranta tutaj, w Wielkiej Brytanii, nie jest jednolity. Ja sam zbierałem się do napisania przewodnika po różnych „typach” emigranckich osobowości. Swoje życzenia kieruje do tzw. typu robociarza (najczęściej budowlańca): wąsy „na Wałęsę”, białe skarpetki, mokasyny, jenasy, skórzana kurtka z łatek a w ręce reklamówka z drugim śniadaniem…

Oczywiście to opis bardzo uproszczony i mało już aktualny. Ale niektóre „grzechy główne” np. nieznajomość języka angielskiego to „przypadłość” występująca bardzo często. Ponadto prawie nieuleczalna. Bo i kiedy się uczyć, skoro pracuje się dużo i ciężko, tak że na naukę nie wystarcza czasu i sił. A przede wszystkim chęci. Zresztą, skoro jakoś się dogaduje, na przykład na migi albo ma polskiego szefa, itp., po co w ogóle się uczyć? Nie po naukę tu przyjechał tylko żeby za funty kłaść zaprawę. Do poznania tubylczego języka nie mobilizuje posiadanie polskiej telewizji (zwykle satelitarnej) i szeroka możliwość korzystania z polskojęzycznych usług – od lekarza po śmieciarza.

Spore zagęszczenie w jednym pokoju lub domu to też się zdarza. Z tym, że nie tylko Polakom, ale i innym nacjom, które przyjechały tu, by szybko zarobić. Przemyt papierosów był (sam pamiętam z czasów zamierzchłych mojego pierwszego pobytu w GB, kiedy sam jeszcze paliłem, kupowanie „sztangi” papierosów spod lady w polskim sklepie na Fulham, bo były 4 razy tańsze niż te w angielskich sklepach), jest I prawdopodobnie będzie, pomimo usilnych starań celników zarówno niemieckich jak i angielskich. 

Faktem jest, że z płacenia za abonament telewizyjny też się niektórzy Polacy wymigują, choć to opłata obowiązkowa, pod karą sporej grzywny (tysiąc funtów). Dodam jeszcze, że zarejestrowanie auta z Kontynentu w angielskim urzędzie komunikacji wcale nie jest takie proste, bo żądają nie tylko zmiany świateł, ale też zmiany licznika z kilometrów na mile, a to już są spore (i zupełnie niepotrzebne) koszty. Natomiast bez angielskiego numeru rejestracyjnego nie da rady zapłacić road tax. (podatku drogowego).

Wszystkiego NAJ i żebyśmy w tym nowym, 2009 roku, stali się prawdziwymi

E U R O P E J C Z Y K M I !

Wszyscy. Bez wyjątku…

Written by Darius

31 Grudzień 2008 at 9:26 PM

Napisane w Emigracja, Komentarze

Tagged with

Czas skrócić przerwę na herbatkę?

Skomentuj »

Tubylec rano pracę rozpocząć musi filiżanką herbaty, bez względu na to, czy przyjedzie do pracy na czas, bo spóźnienie oczywiście dopuszcza, bowiem: na autostradzie był korek, metro nie jeździło, jeździło zbyt wolno, podobnie autobusy, rano nie był do końca zdecydowany (sic), czy dobrze się czuje, ale nie najgorzej, zatem „hura jestem”, a jak wypiję kolejną herbatę to mogę żwawo ruszać do pracy, no może nie żwawo, bo żwawość nie leży w naturze Anglików, powoli, nie nerwowo za to z uśmiechem, czasami wyjście do drugiego pokoju by zrobić ksero ważnego dokumentu zajmuje półtorej godziny; kwadransik na pogawędkę z kolegą przy drzwiach. Potem niewinny flircik z Mary (Susan, Jane, Patricią, Jennifer, imię dowolne), potem jedna krótka dziesięciominutowa rozmówka przez telefon komórkowy, w tym czasie cyk, prędziutko, ksero zrobione; jeszcze można na chwilę stanąć, by Benowi (Johnowi, Markowi, Samowi, imię dowolne) opowiedzieć dowcip zasłyszany wczoraj w pubie i minął kolejny kawałeczek pracowitego dnia, czyli czas na wzmocnienie się herbatką…

Wieść gminna niesie, że tak właśnie pracuje przeciętny Anglik, niezależnie czy to w banku, biurze, czy na budowie. A potem się…

Imigranci zabierają Brytyjczykom miejsce pracy. Tak być nie może – podnoszą głos przedstawiciele tutejszych związków zawodowych – bo brytyjskie miejsca pracy powinny być dla Brytyjczyków. Jeden polityk poszedł nawet dalej i kategorycznie stwierdził, że wszelkie zasiłki, zapomogi czy inne benefity w Wielkiej Brytanii powinny trafiać tylko w ręce Brytyjczyków, którzy sobie na ten przywilej zasłużyli urodzeniem, w tym oto miejscu na ziemi. Oczywiście przez nieuwagę tylko, zapomniał dodać, że podatki też powinni płacić tylko Brytyjczycy, z powodu jak wyżej.

Emigrant sam z siebie pracy nikomu nie zabierze. Ktoś go musi zatrudnić, nawet tego z własną firmą. Zwykle zatrudniają właśnie Brytyjczycy. Dlaczego w takim razie przedstawiciele związków zawodowych nie przekonają pracodawców, by przyjmowali do pracy tylko rodaków? Powód jest prosty! Gdy ktoś prowadzi własny biznes to ma jeden cel: zarobić! I jak ma do wyboru: zatrudnić zmotywowanego, często lepiej wykwalifikowanego pracownika spoza Wyspy, to nie będzie w imię patriotycznej postawy zatrudniać dużo mniej wydajnego rodaka. Sorry Winnetou, biznes is biznes.

Komentarze pod tekstem „Brytyjczycy przegrywają z imigrantami” zamieszczonym na Onecie były jednoznaczne:
- wstaję o 5 rano, wracam do domu o 21. Który Brytol chce moją pracę za 7.20 funta na godzinę.

- a jak muszą przyjść do pracy kiedy koliduje im to z brzydką pogodą, mrozem czy zbyt słonecznym dniem… po prostu dzwonią do pracy, ze są (sic) chorzy i tyle.

- przecież to takie nieroby, że się nie mieści w głowie to nie ma czemu się dziwić, nadgodzin nie zrobi bo im wtedy benefity odbiorą, max 8 godzin dziennie, tak pracuje typowy Anglik.

- przegrywają bo są leniwi, co chwilę przerwy i pogaduchy, każdy normalny pracodawca zdaje sobie z tego sprawę i wybiera pracowników z innego kraju, tak działa wolny rynek.

- Kochani Brytyjczycy, czas skrócić przerwę na herbatkę żeby stać się konkurencją.

Szala, na której z jednej strony stoi ciężko pracujący i „trzepiący” nadgodziny Polak a na drugiej wyluzowany i powolny Anglik, wydaje się przeważać zdecydowanie w stronę tego pierwszego. Ale… ale czy w tej pracy ponad wszystko nie gubi się czegoś. Na przykład zdrowia, szczęścia… Całego życia?

P.S. Kocicy

Z Francuzami podobno jest jeszcze gorzej: tam croisoint i kawka, nawet nie ma, co dzwonić do urzędów i instytucji przed 10-tą, bo i tak siedzą jeszcze w kafejkowych ogródkach ;-), z własnego doświadczenie wiem, że czasem zdarza się nam wszystkim ciągła herbatka: np. siadło ogrzewanie w miejscu, gdzie pracujemy, więc nie ma rady, wszyscy notorycznie dogrzewamy się, jako Polka daję radę i też herbatkuję przeciwko własnej naturze all the time.

Written by Darius

17 Grudzień 2008 at 11:47 AM

Napisane w Emigracja, Komentarze